Nigdy nie myslalam, ze wlasnie mnie dopadnie choroba morska… Jakos przez caly zywot moj to inni rzygali w samolotach, samochodach i innych srodkach transportu… A tu masz ci babo placek! I to dopiero poczatek rejsu!!! Katastrofa…
Zeby umilic sobie czas pomiedzy momentami oddawania morzu wszystkiego co zjadlam i wypilam bede prowadzic dziennik podrozy :0)
Zacznijmy wiec od poczatku!
Podroz
Rozpoczelismy w miare wczesnie, czyli o godz.6.30. Ostatnie przygotowania, sniadanko (nie wiem, czy to dobry pomysl nawet wspominac o jakim kolwiek jedzeniu…) i wpakowalismu sie w pociag na dworzec centralny w Glasgow. Powiem, ze czulam sie jak zywcem wyjeta z ‘Kevin sam w domu’. Dwanascioro doroslych, dwojka dzieci i 30 walizek roznego ksztaltu i zawartosci… I tak cala nasza banda zapakowala sie w pociag i o godz.10-ej ruszylismy w 6-cio godzinna podroz do Southampton z przesiadka :0)
Podroz jak podroz, pelno ludzi, toaleta nie pierwszej czystosci (porownywalnie do naszego PKP jesli chodzi o zapachy) i jedno samobojstwo na linii… Opoznienie godzinne… Acha… Zgubilam statyw do aparatu… Po dotarciu na miejsce 6 taksowek zawiozlo nas wszystkich do Hotelu i rozpoczelismy wakacje w chinskiej knajpie z bufetem. Placisz 12 funtow i jesz ile Ci dupsko zmiesci! Obsluga knajpy miala poploch w oczach gdy zobaczyla jak szybko bufet zaczyna swiecic pustkami :0) Co jak co ale apetyt mielismy wszyscy wspanialy!!! Wchlonelam sobie dwa talerze dobrosci i w koncu bylam gotowa na powrot do hotelu :0) Mielismy z Kolinem laczony pokoj z Jego dwoma siostrzencami w tym jeden, na ktorego czesc cala ta impreza byla zwolana – 30tka na karku :0) Nie moge powiedziec, ze bylam z tego powodu w 7-mym niebie ale ku mojemu zdziwieniu nie bylo tak zle ;0) Zapakowalam sobie stopery do uszu (nie wiem jakim cudem jeden z nich znalazl sie rano pomiedzy rozkosznymi posladkami mojego Mezczyzny) i przechrapalam cala noc :0)
Rano pobudka, taksowki (tym razem trzy) do portu i poczatek rejsu przed nami!!! Kazdy dostal zlota karte jako ze jestesmy uprzywilejowanymi goscmi w Kajucie Prezydenckiej i rozpoczelismy rejs!
Statek
Niepodleglosc Morz (Independence of the Seas) jest wielki!!! Kolo dwoch tysiecy samej obslugi… Generalnie co chcesz to dostajesz… Chcialam zrobic zdjecie z brzegu ale musialam zrobic dwa i musze je polaczyc bo mi sie skurczybyk nie zmiescil w kadrze :0)
Nasza kabina/kajuta jest na pokladzie 6-tym. W sumie mamy 14 pokladow wiec jest z czego wybierac! Przez srodek przechodzi sobie tzw.Krolewska Promenada – ulica pelna barow, kafejek, sklepow, fryzjerow i innych roznosci. Na tej tez ‘ulicy’ znajduje sie jedno z moich ‘miejsc’, w ktorym bede znikac od czasu do czasu – Bar Szampanowy!!! Mniam… Wszystko jest czysciutkie, zel do odkazania rak na kazdym prawie rogu – i dobrze bo juz sie nasluchalam od Kolina o jakims wirusie, ktory jest czesty na statkach (jak ktos sie podetrze i nie umyje lap, podotyka roznych rzeczy na statku, ktos inny zgarnie te bakcyle na lapska, podotyka innych, itp, itd… i tak oto wszyscy zaczynaja srac i rzygac… rozkosznie nie?).
Musze tu dodac, ze wczyraj nie bylam w stanie skonczyc pisania bo rzygalam :0) Mamy dzis 13-ty Czerwca, godz.13.12 i wlasnie czekamy na nasze zamowienie lanczowe… Tak, tak! Jest mi lepiej i nawet dzis wtrynilam na sniadanko omleta z pomidorkami, pieczarkami i fasolka… :0) Pogoda sie poprawila, morze jest spokojniejsze (5 w skali Beaufortea – dla porownania wczoraj bylo 8) i zaczynam sie relaksowac na maksia!
Dostalismy wlasne papucki i szlafroczki, mamy wlasna pania, ktora nam sprzata i sie nami opiekuje i jak dotad wszyscy sa szczesliwi :0) Mam nadzieje, ze nie bedziemy mieli zadnych klotni rodzinnych! Zapomnialam dodac, ze od 5-ej do 8.30-ci codziennie mamy darmowe drinki w Lozy ‘dla wybranych’. Moze tez to przyczynilo sie do mojej wczorajszej ‘choroby’ he, he :0) Choc nie bylam zalana ‘w trabke’ wiec moze jednak nie?!
Dzis o 3-ciej idziemy ogladac przedstawienie na lodowisku pt: “Stop klatka!”. Brzmi dodupnie ale zobaczymy co to warte. Zdam relacje :0) Sloneczko wlasnie wylazlo i w zwiazku z powyzszym ide wywalic moj zezwlok by nabral troche koloru!
Czesc i czolem! Kluski z rosolem!
Dzien 7-my rejsu (17/06/11). Chwile nie pisalam :0)
Wracajac do kwestii przedstawienia to bylo takie sobie, choc trzeba przyznac, ze sztuka jest wywijanie piruetow na lyzwach na lodowisku wielkosci polowy kortu tenisowego… I trzeba przyznac, ze ruskie to jednak dobrze daja sobie rade w extremalnych warunkach jak te i dawali czadu niezle z cala gama bajerow (skoli, piruety, podnoszenia) :0) W sumie 45 minut kulturalnej rozrywki :0)
Przez tych kilka nastepnych dni nie robilam nic ciekawego poza relaksowaniem sie :0) Gralam w mini golfa – nie bedzie ze mnie golfistki, asystowalam Kolinowi na skalce do wspinaczki – sama sie bede wspinac na weekendzie, i smazylam sie rozkosznie na specjalnie wydzielonym podwyzszeniu dla ‘wybranych’ :0) Jestem rozkosznie czerwono/brazowa (z przewaga brozowosci) i tylko uda mnie napierdzielaja bo sobie je poparzylam :0)
I mielismy oficjalne spotkanie z kapitanem (maly i lysy ale dobrze plywa tym kolosem) w najwyzszym punkcie statku :0) Fajny widok! Wszyscy sie odpierdzielili jak zloto i bylo sympatycznie… Kelnerzy roznosili drinki (w sumie to wypilam tu juz chyba z 6 butelek szampana!) i przekaski, a my wszyscy sie relaksowalismy przy brzdekaniu fortepianu :0)
Zaraz po spotkaniu i obowiazkowych zdjeciach calej rodziny z kapitanem (troche bylam rozczarowana faktem, ze nie mial czapki kapitanskiej) ruszylismy do jadalni. Jadalnia (ta oficjalna, gdzie musisz byc ubranym elegancko) to trzy pietra, z ktorych kazde ma inna nazwe. Nasza to Romeo & Juliet I jest na dolnym poziomie. Mamy stol tylko dla naszej rodzinki zaraz przy podium, z ktorego przygrywa nam male trio (fortepian, skrzypce i wiolonczela). Atmosfera bardzo elegancka ale nie napompowana :0) Jedzonko wyglada miodzio, choc musze przyznac, ze za kazdym razem wybieram cos co lubie ale nie bardzo mi to smakuje. Raz mialam owieczke, ktora wygladala przepysznie na talerzu ale jak sprobowalam to nie miala smaku :0( Nastepnie wybralam krolewskie krewetki, ktore wygladaly pieknie z tym, ze byly krolewsko przesolone :0( A tak sie na nie napalilam! Stwierdzilam, ze bede chodzila tylko do restauracji na poziomie 11-tym, gdzie chodza wszyscy i gdzie widzisz cale jedzonko i wybierasz co Ci pasuje, a jak Ci nie pasuje to bierzesz nowy talerz i wybierasz cos innego :0) Jeszcze z 15 minut i bedzie otwarta! Ide cos wtrynic z rozkosza jako, ze spedzilismy dzis dzien w Livorno i Pisie.
Fajnie bylo :0) Nie wiedzialam na co sie nastawiac i sie nie rozczarowalam :0) Wierza jest krzywa :0) I srednio raz w miesiacu ktos popelnia samobojstwo rzucajac sie z niej :0) W sumie czemu nie? Jak skakac to juz z czegos fajnego! Samo centrum Pisy jest piekne, bo stare. Kamieniczki z pieknymi balkonami obwieszonymi kwiatami prawie stykajace sie nad waskimi brukowanymi uliczkami… Calosc otoczona starym murem obronnym, w ktorego dziurach gniezdza sie golebie… Poza murami nie jest juz tak sympatycznie :0) Wszedzie, gdzie tylko sie da czarni ‘sprzedawcy’ obwieszeni ‘towarem’… Podrobki torebek wielkich mark – Prada, Labouton, D&G, itp… Do tego okulary przeciwsloneczne, bizuteria, parasolki i inne pierdoly, ktore wygladaja jakby sie mialy rozleciec przy najlzejszym dotyku :0) I oczywiscie rekodzielo afrykanskie… Bongosy, bransoletki z drewna, rzezby zyraf, lwow i wysokich murzynek z koszami na glowach… Miodzio :0) Do tego mniejszosc ‘sprzedawcow’ z Indii (nakrecane zabawki, tanczace sloneczniki i tego rodzaju szjs) oraz Taiwanu (patrz garderoba). Okazesz choc odrobine zainteresowania i juz na tobie sziedza jak sepy nad padlina :0) Rozkosznie… No i oczywiscie budynki jak klocki z pozaslanianymi oknami (nie dziwie sie przy tych temperaturach), ktore nie wygladaja za pieknie i czesc z nich nie jest jeszcze porzadnie skonczona ale juz zamieszkana… To tak chyba jak kazde miasto… Jest czesc historyczna i czesc modernistyczna jak nasza kochana Baranowka he, he :0) Zbiorowisko ludzi w budynkach stworzonych by byc funcjonalne, a nie piekne :0)
Acha… I mam zapalenie krtani :0) Przynajmniej tak mi sie wydaje, bo nie bylam porzadnie zdjagnozowana… Ale tak to sie wlasnie konczy jak sie lezy caly dzien na sloncu i popija lodowata pina kolade :0) Musze sobie kupic Aspiryne i bedzie dobrze :0) Jade na tabletkach przeciwbolowych… Bedzie dobrze :0)
Ide cos zjesc czytacze kochani :0) Mamy w planach Quiz z rodzinka, wirtualne wyscigi koni w Casino i co najwazniejsze jutro podrozujemy do Rzymu!!! W koncu zobacze Koloseum, Plac sw.Piotra i Bazylike tez! Beda zdjecia i bedzie komentarz!
I tak mamy juz koniec podrozy (tak, tak… nie pisalam…), czyli 25-ty Czerwca i siedze w pociagu pedzacym do Glasgow… Z przesiadka wprawdzie ale i to dobre! Zeby tylko jak naj szybciej dotrzec do domu, wziasc prysznic we wlasnej lazience i po prostu byc juz w domu!
W Rzymie bylo wspaniale! Piekne place z fontannami za kazdym zakretem, budynki wysokie z pieknie ozdobionymi balkonami, koscioly wieksze niz domy, mosty z aniolami wielkosci wiekszej i pelno ludzi rozmaitej masci dookola :0) Nie wiedzialam czego moge oczekiwac po Placu Sw.Piotra i musze sie przyznac, ze mam mieszane uczucia… Nie wydal mi sie az taki wielki jak wszyscy mowia I pokazuja w TV. Owszem wielki to on jest ale zeby az tak? Zakupilam tylko pocztowki (myslalam o rozancu ale jak zobaczylam ceny to sie rozmyslilam…) i zrobilismy z MMZ oblot po kilku miejscach + zjedlismy pyszniaste spaghetti i pizze w lokalnej kafejce. Na 100% do Rzymu sie wybierzemy na tydzien lub dwa z Kolinkiem bo nie sposob jest zobaczyc te wszystkie cuda i ogarnac to cudowne miasto przez dzien…
Po Rzymie ziedzalismy Accajo na Korsyce. Sliczne miasteczko z portem, do ktorego przybilismy o 8-mej rano i spedzilismy tam dobrych kilka godzin. W Accajo urodzil sie i mieszkal do 9-tego roku zycia jeden z wiekszych przywodcow tego swiata – Napoleon Bonaparte. Poza Hitlerem i Juliuszem Cezarem jest to jedyny przywodca, o ktorym z przyjemnoscia sluchalam na lekcjach historii. Facio byl genialnym taktykiem! Jak latwo sobie wyobrazic wiekszosc pomnikow, ryneczkow i ulic poswieconych jest temu oto panu.
Zwiedzilismy jego mieszkanko (nawet niezly standard zycia mial jak na tamte realia), porobilismy zdjecia przy jego pomniku i smignelismy na okoliczna plaze. To mi sie najbardziej podoba w tych nadmorskich miasteczkach – plaza na wyciagniecie reki :0) I do tego piekna! I te kolorowe domy. Tylko szkoda, ze Korsyka nalezy do Francji… Nie przepadam za jezykiem… Mysle, ze ktoregos pieknego dnia wrocimy tam z Kolinem. Tylko tym razem wezniemy ze soba minimum bagazu, namiot, wynajmiemy samochod na miejscu i zrobimy sobie wycieczke dookola wyspy :0) Bez zadnych rezerwacji bedziemy mogli sobie zaparkowac gdzie sie da i zwiedzac co sie da…
I tak dotarlismy do Cadiz w Hiszpanii. Jak tylko wygram w totka to sobie kupuje tam chalupe! W przyszlym roku Cadiz organizuje impreze: ‘Stolica kulturalna Europy 2012’ i tak sie zastanawiam, czy sie nie wybrac jak finanse pozwola… Za kazdym razem, gdy odwiedzam Hiszpanie zatyka mnie jak piekne i pelne historii jest to panstwo! Musziala bym sie tylko przezwyczaic do upalow he, he… Bylo 33 stopnie w cieniu i troche sie pocilismy! Pochodzilismy po okolicy – odkrylismy nastepna piekna plaze, zwiedzili kilka kosciolow – hiszpanskie Madonny sa przepiekne! i przynajmniej 5 malych barow, w ktorych zwilzalismy gardziele hiszpanskim piwkiem :0) Miodzio… Tylko plulam sobie w brode, ze nie wzielam stroju kapielowego! Woda po prostu przecudowna! Turkusowo-blekitno-zielona, przejzysta tak, ze mozna ziarenka piasku policzyc! Taka mialam ochote sobie plymknac w odmety! W sumie to moglam sobie plumknac z tym, ze wracajac na statek byla bym pokryta sola, a i wizja soli w majtkach nie wydaje sie zbytnio porywajaca! W kazdym razie podobnie jan Rzym Cadiz jest na liscie powrotow! I do cholery! Biore sie za nauke hiszpanskiego w koncu!!! Zaczynalam juz 3 razy i nawet dobrze mi szlo za ostatnim ale jakos sie wszystko rozchodzilo po kosciach! Jak wroce do domu to sprawdze ile by mnie kosztowaly lekcje :0) I znajac zycie nadal bede musiala sie zawziasc i uczyc sie sama :0)
Nastepny port to Lizbona w Portugalii :0) I nastepne piekne miasto! Olbrzymie! Zadziwiajace jak nowe wspolgralo ze starym! I to w calym miescie! Piekne, strzeliste budynki pokryte kafelkami w kolorach teczy (w calach dekoracyjnych w tym samym stopniu jak by trzymac upal ‘na wodzy’) wspolgraly pieknie z nowoczesnymi biurowcami i pieknymi parkami pelnymi fontanien rzezbionych w satyry, nimfy, rajskie ptaki i inne cudownosci! I podobnie jak w Rzymie nie sposob ogarnac wszystkiego w jeden dzien!
Wykupilismy z Kolinem wycieczke panoramiczna ze zwiedzaniem najwiekszym w Europie Akwarium. Objechalismy wiekszosc miasta robiac zdjecia z autokaru i okolo 2 godzin spedzilismy ogladajac ryby, zaby, wydry, glony, korale I inne morskie stworzenia :0) W centrum akwarium jest wielkie akwarium wielkosci moze domku jednorodzinnego, w ktorym plywa wszystko poczawszy od rekinow i tunczykow na tych dziwnych rybach, ktore wygladaja jak by mialy tylko glowe. I oczywiscie pelno innych rybkow i ukwialow, a wszystko to w kolorach teczy! Przepiekne! I pingwinki mialy wlasna ‘zagrode’ tez :0) To bylo trzecie Akwarium, ktore zwiedzilam w swoim zyciu i nie bylo najwieksze (najwieksze bylo w Loro Park na Teneryfie – to bylo cos!) ale i tak wrazenia jak zwykle niezpomniane :0) Wrocila bym tu owszem ale nie jest to miasto w pierwszej 10-tce.
I pozniej zostalo tylko Vigo znow w Hiszpanii, ktore sobie odpuscilam. Po pierwsze ze wzgledu na gorac – zapowiadali znow okolo 35-ciu w cieniu, a po drugie MMZ poparzyl sobie twarz (stwierdzil, ze nie bedzie uzywal kremy z filtrem do opalania bo musi nabrac kolotu) i w zwiazku z powyzszym bawilam sie w pielegniarke. Z widoku tych babli wywnioskowalam, ze Kolinek mial oparzenia okolo 2-go stgopnia. Nie byly to normalne bable, ktore sobie pekaja i skora Ci sie luszczy tylko slicznie wypelnione ropa mega-bable! Po kuracji kremowo-nawilzajacej juz Mu lepiej, choc jeszcze ma ust korale pieknie spuchniete i strupki mu sie cudowne porobily :0) Innymi slowy nici z calowania! Przynajmniej nie przez nastepny tydzien… Ma chlopak za swoje! To chyba Jego ostatni raz bez kremu do opalania :0)
I tak ostatni dzien spedzilismy na morzu powoli zeglujac ku Southampton w Anglii. Moj organizm juz przezwyczajony do fal i falek nie sprawial mi zadnych problemow zoladkowych i dobrze, bo bym sie zdenerwowala! Ilez mozna rzygac! Teraz siedzimy w pociagu, jeszcze godzina zostala do przesiadki i powoli mnie spanie bierze :0) Kolo siebie mam jakiegos gostka, ktory ma objawy nerwicy lub innego schorzenia nerwowego bo go troche rzuca od czasu do czasu ale lepsze to niz stanie :0) Jak mnie walnie to mu oddam i po klopocie he, he! I zapowiedzialam Kolinowi, ze nie bierzemy zadnego pociagu z Glasgow deo Hamilton gdzie mieszkamy bo nie mam zamiaru sie tarabanic z tymi wszystkimi bagazami dluzej niz to konieczne!!! Bierzemy taksowke i basta!
Ogolnie rzecz biorac to podoba mi sie ta cala rzegluga! Z checia bym poplywala przez nastepny tydzien lub cztery :0) Nawet nie musze byc w tym calym luksusowym apartamencie! Zebym tylko miala balkon i bede szczesliwa! Jak na razie to tylko wizyta w domku bedzie moimi wakacjami dopoki nie splacimy tego rejsu! Ale warto bylo! Nie narzekam! Statywu mi tylko szkoda ale coz. Nawet nie mialam go gdzie uzyc!
KONIEC

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz