środa, 7 maja 2008

Dustiego widzimisię

Taaak, na prawdę jesteśmy podobne, byłyśmy i będziemy a to pewnie nie tyle z powodu wyglądu, co jakieś takiej bliskości duchów naszych. I tak mi się przy okazyji przypomniały znowu czasy Rico Band i wędrówek po Bieszczadach. W sumie to oddałabym chyba połowę skromnego swego królestwa by raz jeszcze się z Tobą po tych Bieszczadach przelecieć (ach przeleć mnie po koniczynie!!!)
A tu, pomimo że pewnie pięknie i piękniej niż w Bieszczadach bo nigdzie nie trzeba się wspinać by widoków doświadczyć, to już nie jest to. Wszystko wina roboty. No bo rano człowiek wstaje, jedna hipoterapia, druga i dziesiąta, potem trzeba konia objeździć bo na zawody z nim trzeba, potem pastwisko przegrodzić bo zarazy wszystko zjadły, może jeszcze przydałoby się skosić trawnik i ten chlew w samochodzie obtoknąć a potem robi się wieczór i nie widać już orłów bielików, pająków topików (osobiście nie podziwiam) ani żuczka gnojarzyka a jedynie sowę można usłyszeć i gacka po dupie pomacać. Siadam sobie więc z piwem na balkonie i gapię się w zapadające ciemności myśląc o tym, że już 6 lat jak na tym balkonie siedzę, hektolitry browara wymłóciłam i nic mi z tego nie przyszło. Bajzel ten sam, Józki te same, nadal nie mogę niczego zrobić bez zgody starszyzny ( w tym szwagra) i chociaż kocham mojego męża to zastanawiam się czy ja dobrze wybrałam. Już nawet sprzątać mi się nie chce bo i tak zaraz ktoś przyjdzie i narozwala. A krzyczeć sobie mogę aż mi żyłka w dupie pęknie- mam nadzieję, że twój MMZ na wrzaski wrażliwszy niż mężczyźni mojego życia- jakoś mi się rozmnożyli, czy ja aby nie odwalam roboty za ich żony???
Tylko wierne konisko o wielkiej głowie patrzy na mnie z bezmiarem czułości i dla mojego widzimisię gotowe odwalić solo Jezioro Łabędzie i przeskoczyć Księżyc.

Brak komentarzy: