czwartek, 19 lutego 2009

Kochana moja!

To nic takiego, tylko depresja. Zwyczajnie, martwy sezon, zero kasy własnej, samochód się psuje, budowa domu utknęła, mąż ma sesję, teść andropauzę, konie potrzebują odrobaczenia, rachunki zapłacenia, a moje trzydziestoletnie pokiereszowane ciało zaczyna odmawiać współpracy reagując na każdą próbę wysiłkową gwałtowną migreną.O macierzyństwie na razie zapominam bo nie mam na ginekologa, z resztą i tak na 90% czeka mnie adopcja więc spieszyć się nie muszę.
Po powrocie z mojej comiesięcznej lumpiarskiej wycieczki do dużego miasta zawsze łapię depresje albo grypę- jedno z dwóch.Grypę bo po wypiciu latam goła:-) a depresję bo wciąż jeszcze pamiętam jak to było w dużym mieście i jak mogłoby być gdybym nie wpadła na genialny pomysł zamieszkania na wsi.Nie uwzględniłam w swoich rachunkach, że któregoś dnia opuszczą mnie siły a być może nie będzie to ten dzień, w którym stać mnie będzie na służbę.
Oczywiście nie mam najmniejszego zamiaru zmieniać się w chodzący ideał, nie ma mowy. W pokonywaniu dołów pomaga mi praca twórcza, pisanie komedii scenicznych dla scenek wiejskich i mrocznych opowieści o wampirach, zwłaszcza to drugie.
Całuję w jajniki i w kurwicę.
Dusti

Brak komentarzy: