To nic takiego, tylko depresja. Zwyczajnie, martwy sezon, zero kasy własnej, samochód się psuje, budowa domu utknęła, mąż ma sesję, teść andropauzę, konie potrzebują odrobaczenia, rachunki zapłacenia, a moje trzydziestoletnie pokiereszowane ciało zaczyna odmawiać współpracy reagując na każdą próbę wysiłkową gwałtowną migreną.O macierzyństwie na razie zapominam bo nie mam na ginekologa, z resztą i tak na 90% czeka mnie adopcja więc spieszyć się nie muszę.
Po powrocie z mojej comiesięcznej lumpiarskiej wycieczki do dużego miasta zawsze łapię depresje albo grypę- jedno z dwóch.Grypę bo po wypiciu latam goła:-) a depresję bo wciąż jeszcze pamiętam jak to było w dużym mieście i jak mogłoby być gdybym nie wpadła na genialny pomysł zamieszkania na wsi.Nie uwzględniłam w swoich rachunkach, że któregoś dnia opuszczą mnie siły a być może nie będzie to ten dzień, w którym stać mnie będzie na służbę.
Oczywiście nie mam najmniejszego zamiaru zmieniać się w chodzący ideał, nie ma mowy. W pokonywaniu dołów pomaga mi praca twórcza, pisanie komedii scenicznych dla scenek wiejskich i mrocznych opowieści o wampirach, zwłaszcza to drugie.
Całuję w jajniki i w kurwicę.
Dusti
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz