piątek, 25 kwietnia 2008

Nie ma ch... we wsi :-))

No bo to wszystko przez chorobę wściekłych krów, która nęka mnie już czas jakiś. Roboty nie mam i rodzina od pewnego czasu dopuszcza sugestie że być może mam za dobrze, mąż wręcz przyznał że od zawsze mnie utrzymuje, zapomniawszy pewnie ile razy on wylatywał z różnych robót i jak snuł się po pokojach pełen żalu na cały świat. I pożerał wszystko co wpadło mu w ręce. No ale jak "Robciuś" nie miał pracy to było o.k. a ja jestem darmozjadem, proszę wycieczki.

Czekam na tą dopłatę do hipoterapii ale modlę się po cichu, żeby mi nie dali. Boję się jak szlag, że dadzą a potem odbiorą razem ze sprzętem rtv i w ogóle że nie wypali.
Ogólnie jestem zmęczona posiadaniem bo w tej rodzince to jak ktoś coś ma to dotąd będą go pozostali kopać aż to coś z rąk wypuści. Tak też jest ze mną, cały czas daj i daj.
CZASAMI MAM OCHOTĘ WIAĆ STĄD CO SIŁ I NIE PATRZEĆ ZA SIEBIE.

Nie sposób pominąć faktu, że jeśli kobieta chce zmarnować sobie życie to wychodzi za myśliwego albo za jeźdźca- to tak jakby dobrowolnie fundować sobie więzienie. Dlaczego tak jest? Pisałam o tym felietonik kiedyś i jak go znajdę to mojej Żyrafie na bloga wrzucę, żeby mogła ostrzegać koleżanki stanu wolnego: taak, myśliwi i jeźdźcy- to pewnie kwestia wspólnego patrona.


A co do cholery u Lulusia!!! Dwa razy tu skrobnął w tym raz niezobowiązująco o bazylii i zanikł.

Brak komentarzy: